11 000,00 zł
Wyszukiwarka
Newsletter
Podaj swój adres e-mail, jeżeli chcesz otrzymywać informacje o nowościach i promocjach.
Zaloguj się
ALFRED LENICA / OBRAZ / ABSTRAKCJA
Opis
Alfred Lenica
Abstrakcja
Gwasz, papier milimetrowy
27 x 39,5 cm w świetle oprawy
1968 rok
sygnowany
Obraz oprawiony
ALFRED LENICA (1877 - 1977 )
Alfred Lenica uczył się prywatnie rysunku i malarstwa w pracowniach Artura Hannytkiewicza i Piotra Kubowicza w Poznaniu (1925-1928).
W latach 30. malował obrazy figuratywne, nawiązujące w stylistyce do kubizmu. Nieco później uległ wpływom surrealizmu, który, pomijając lata socrealizmu, stanie się dlań najpoważniejszym obszarem poszukiwań malarskich.
Od połowy lat 40. utrzymywał stałe kontakty z kręgiem „Grupy Krakowskiej“, przyjaźnił się z Jerzym Kujawskim. Po przeniesieniu się do Poznania, w 1947 został współzałożycielem awangardowej grupy „4F+R“ (farba, forma, fantastyka, faktura + realizm). Jest autorem pierwszego polskiego obrazu taszystowskiego (Farby w ruchu, 1949, tempera). W okresie socrealizmu włączył się w nurt oficjalnej sztuki, pracując jednocześnie jako organizator życia artystycznego, prezes Okręgu Poznańskiego ZPAP (1948-1950) i jednocześnie kierownik Pracowni Sztuk Plastycznych tamże.
W końcu lat 50. przeniósł się do War-szawy i również tu do 1969 pełnił kierownicze funkcje w ZPAP. W drugiej poł. lat 50. ponownie - po eksperymentach z lat 40. - uprawiał informel, malując chętnie techniką drippingu. Około 1958 wypracował indywidualny, charakterystyczny dlań styl wirujących, kolorowych, niekiedy kaligraficznie opracowanych form, które dynamicznie wypełniały pola obrazów. Tworzył je techniką zbliżoną do surrealistycznej dekalkomanii.
Styl ten stał się znakiem rozpoznawczym artysty do końca życia. W swych obrazach nie unikał kształtów nawiązujących do form naturalnych (jego malarstwo nazywano „biologicznym“), a w latach 70. niekiedy włączał do kompozycji motywy figuralne.
Wystawa retrospektywna artysty odbyła się w Galerii Zachęta w Warszawie w 1974.
Konwicki tak opisywał teścia: „Fredzio tymczasem mile uśmiechnięty malował sobie od rana do nocy spore płócienka, posłuchał trochę muzyki, poleciał na jakieś wystawy, skonsumował ze smakiem jakiś odczycik, przeczytał w łóżku futurystyczną albo awangardową książeczkę”.
Żył przede wszystkim sztuką, inne sprawy mało go zajmowały. O ślubie córki z Tadeuszem Konwickim dowiedział się... od kolegów w knajpie, bo gdy młodzi niespodziewanie się pobrali, akurat był w Bułgarii. Nie przejął się zbytnio taką niespodzianką. Ogólnie w życiu zachowywał stoicki spokój. Wkrótce po przeprowadzce do Warszawy dowiedział się, że jego pracownia w Poznaniu została okradziona. Gdy Konwicki spytał, czy pojedzie na miejsce przestępstwa, odparł flegmatycznie: „A po co, przecież wszystko ukradzione”. I wrócił do malowania.
Bez pędzli i farb nie potrafił żyć. Opowiadał, że nawet w chwilach, kiedy nie mógł malować, miętosił tubki z farbami, wąchał je, formował w przedziwne kształty. Na temat sztuki poglądy miał proste. W jednym z wywiadów tłumaczył: „Malarstwo typu ładnego jest złe. Malarstwo ciekawe jest dobre”. Nic dziwnego, że Konwicki nazywał go „motylkiem, miłym jurodiwym, co zabawia się bez odpowiedzialności ze sztuką pod naszym wyrozumiałym okiem”.
Jednak po wystawie w Zachęcie w 1974 roku zmienił zdanie. Napisał, że chyli głowę przed człowiekiem, którego życie wybuchło na koniec jak wulkan feerią barw, blasków i gwiazd. Bo takie właśnie było malarstwo Alfreda Lenicy. Starszy pan zmarł trzy lata po wernisażu, którym tak bardzo zachwycił zięcia.